Marcin
Recenzje

Marcin Masecki w Alchemii, czyli przedstawienie jednego aktora

Arkadiusz Kandzior 10-04-2006

Idąc na koncert Marcina Maseckiego, ciekawie zapowiadającego się pianisty jazzowego młodego pokolenia, można spodziewać się wszystkiego. Nawet tego, iż radykalnej zmianie ulegnie program całego występu. Tak też stało się niedzielnego wieczoru w Alchemii.

- W zapowiedzi było, że będę grał sonaty, ronda, fantazje, ale świetnie gra mi się standardy, więc - tak zwrócił się (w połowie koncertu) do publiczności artysta, po tym jak wcześniej sparodiował większą część początków jazzowej pianistyki. "Koncert" okazał się bowiem przedstawieniem, w którym główną rolę gra aktor-kpiarz, zręcznie szydzący z jazzu, ale też z XX-wiecznej muzyki klasycznej.

Zaczęło się właśnie klasycznie. Polifonicznie, więc barokowo, kształtowane linie melodyczne, odarte jednak przez pianistę ze "zbędnych" dźwięków, zabrzmiały jak XX-wieczny punktualizm Antona Weberna. Masecki, oprócz fortepianu, posiłkował się również syntezatorem, który dzięki możliwości modulowania dźwięków stał się ważnym elementem budowania nastroju humoru i groteski. Jednak najwięcej inwencji w tej materii zaprezentował sam artysta.

Masecki parodiował głównie formy, z których narodził się jazz. Ragtime'y czy bluesy grał zupełnie na opak. Kompozytorzy, pisząc ragtime'y, zalecali, aby grać je niezbyt szybko, więc artysta wykonał je w ekspresowym tempie. W bluesie "zabłysnął" natomiast głosem, którego żaden człowiek nigdy nie powinien był słyszeć. Kiedy natomiast wydawało się, że zagra coś "na poważnie", korzystał z koszmarnie brzmiących dźwięków syntezatora.

W całej tej "grze jednego aktora" równie ważny jak odbiór audytywny stał się odbiór wizualny. Pianista grał, stojąc, poruszając przy tym rytmicznie biodrami, zakładał nogę na nogę, ściągał ubranie, zastanawiał się podczas improwizacji: "co dalej?", po czym grał najbardziej bezsensowną frazę całego utworu. Mimo to nie przekroczył granicy, za którą czai się tandeta, bezguście, i nieliczna publiczność mogła czuć się usatysfakcjonowana koncertem. A szkoda, że nieliczna, bo Marcin Masecki to aktor pierwszej wody.

TAQ w Alchemii

Paweł Baranowski, 2004-10-15

Idąc na koncert formacji TAQ wiedziałem jedynie tyle, co mogłem przeczytać na stronie klubu "Alchemia". Niewiele. Może zresztą i lepiej. Poszedłem na koncert nie spodziewając się niczego.

I... "Zasiedli do instrumentów i bez jakichkolwiek wstępnych ustaleń zaczęli grać." No, może nie tak do końca bez jakichkolwiek wstępnych ustaleń, bowiem wtedy gdzie trzeba i tam gdzie trzeba spotykali się bez trudu. Wrażenie jednak było porywające. Obcowanie z Marcinem Maseckim jest w istocie obserwacją artysty przy pracy. Nie ma wątpliwości, że grana przez trio, ale przede wszystkim przez pianistę, muzyka powstaje tu i teraz. Dzieje się na oczach i przed uszami słuchaczy. To wielka przyjemność słuchać i widzieć coś takiego, pod warunkiem wszakże, że muzycy mają coś do powiedzenia.

Ten egzamin, młodzi muzycy zdają z wyróżnieniem. Pomijając inne jeszcze aspekty, o których za chwilę, największe wrażenie zrobiła na mnie umiejętność grania ekspresją. Muzyka to kłębiła się w niemal free jazzowych kotłach, to popadała w delikatny liryzm. To jednak nie jedyne skrajności jakie się pojawiły. Raz można było usłyszeć niemal perkusyjne piano Cecila Taylora, innym razem dźwięki jakby żywcem wzięte z utworów Chopina, jeszcze innym razem utwór brzmiał jak zdekonstruowany Monk. Przy tej całej karkołomności pomysłu - całość około dwugodzinnego koncertu nie była w żaden sposób rozrywana. Dwa skontrastowane ze sobą, niejednokrotnie wręcz sąsiadujące fragmenty, łączyła jakaś niemal metafizyczna klamra. Utwory to były konstruowane na naszych oczach, by na chwilę zaistnieć i zostać zupełnie zdekonstruowanymi na poszczególne niemal nuty. I wciąż ta jedność. Jedność jakiegoś nadrzędnego pomysłu. Improwizacji. Stylu. Bo obojętnie, czy Marcin brzmiał jak pobratymiec stride'owych pianistów sprzed lat, czy też zbliżał się do postmodernistycznych pianistów lansowanych ostatnimi czasy - zawsze brzmiał jak Marcin Masecki.

Przy takiej, jaką zaprezentował, różnorodności - to doprawdy imponujące. Przedstawione utwory zapewne mają jakiś zamysł kompozytorski, tym niemniej fascynujące było zobaczyć w jaki sposób na naszych oczach tworzona jest muzyka. Momenty, gdy Marcin zastygał w bezruchu, jakby słuchając siebie by znaleźć niekiedy jedynie te dwa, trzy dźwięki, które potoczą utwór w jakimś nowym kierunku były fascynujące. I chociaż, prawdopodobnie, zespół potrzebuje jeszcze jakiegoś dogrania, bo wydawać się niekiedy mogło, że basiście Garthowi Stevensonowi brakowało pewności siebie (choć w drugiej części koncertu przestało to być już widoczne), to wielce obiecujące jest, że trio stanowi zespół, a nie przypadkowy zbiór trzech muzyków, którzy męczą się musząc razem zagrać. Oprócz Marcina - rewelacyjnie sprawdzał się bardzo czujny, to delikatny, to znów wulkaniczno-dynamiczny perkusista Ziv Ravitz.

Pomimo - delikatnego - marudzenia: wielkie brawa! Oby TAQ grało wystarczająco długo, bym mógł ich jeszcze zobaczyć. To doprawdy wspaniała, piękna i co zdarza się niestety nieczęsto - niesamowicie autentyczna muzyka. I niech na koniec wolno mi będzie to powiedzieć: Panie i Panowie - nie przegapcie - nie wiem, czy z całego TAQ, ale na pewno z Marcina Maseckiego rodzi się geniusz. Nie dajmy sobie zmarnować tej szansy i zauważmy go. Niewątpliwie warto.

TAQ (Marcin Masecki - piano, Ziv Ravitz - drums, Garth Stevenson - double bass), Kraków, Alchemia, 14.10.2004

Creative Commons License